Dłużnik rzecz jasna i dziś może być wierzycielem, gdy pożycza zarazem i komuś, i od kogoś, jak ten ewangeliczny dłużnik niemiłosierny, który spotkał się z łaskawością króla, od którego wiele pożyczył, a sam okrutnie potraktował własnego dłużnika – za co został surowo i słusznie ukarany.
           
Pisał kiedyś Adam Naruszewicz: „Spólnie się cieszą i dłużnik, i dawca / Spólnej miłości ogniwem ujęci / Oba są winni sobie w jednej mierze / Ten próżno nie dał, ów darmo nie bierze”. Ale to rzadkość, takie stosunki. Zazwyczaj cechowała je i dziś cechuje wzajemna niechęć. Stare przysłowie z 1550 roku mówi gorzko „od złego dłużnika dobre i plewy”, a te relacje mają to do siebie, że psują się z czasem, bo „dłużnik wesoło bierze, smutno oddaje” (1632). Tylko gdy mówimy: „jestem pańskim dłużnikiem”, to jest to dość sympatyczne – ale wtedy jest to o tyle niesymetryczne, że tego, do kogo te słowa są kierowane, wierzycielem trudno nazwać.
           
Dłużnik jest dłużnikiem, bo zaciągnął dług. Już ten czasownik wskazuje, że to nic miłego, a frazeologia pokazuje gorsze rzeczy. W długach się tonie, brnie w nie, potem tkwi. To jakieś moczary, jakieś bagno zatem. Tkwi się w nich po uszy – tak mówiono już w siedemnastym wieku, zwłaszcza gdy ma się ich tyle, ile włosów na głowie (to powiedzenie jeszcze z wieku szesnastego). Widać, że głowa (włosy, uszy) jest w długi zaangażowana. A ten dług jest jak coś żywego – można go umorzyć.
           
Taki dług zresztą to nie tylko należność pieniężna – to i dziś także 'zobowiązanie', a kiedyś słowo to oznaczało też 'obowiązek', a nawet 'winę'. Jest stare, czternastowieczne (o dłużniku też mówiono już w piętnastym wieku), w prasłowiańskim był dlg, wzięty z praindoeuropejskiego rdzenia dhlgh-u-s.
           
Ale nasze długi nie powinny być stare. Zwłaszcza te honorowe, których niespłacanie miało być czymś skrajnie niehonorowym. Choć w praktyce bywało inaczej…